Dariusz Cisowski
Kategorie: Wszystkie | piłka nożna | siatkówka | sylwetki | wszystkie
RSS
poniedziałek, 27 lipca 2009

Pierwsze śliwki robaczywki. Tak zatytułowałem tekst relacjonujący pierwszy mecz Eagles w ramach amatorskiego Pucharu Ameryki. Był on też oficjalnym debiutem Roberta Juszczyka w roli trenera „Orłów”. Barwy debiutu nie były wprawdzie wyraziste, ale na tyle zdecydowane, by zapewnić wygraną. Zwycięzców się nie sądzi i wybacza im się styl i jakość, mając nadzieję, że kolejne występy będą i lepsze i bardziej okazałe. I były. Następny mecz w półfinale stanowym był już zdecydowanie lepszy i to nie tylko dlatego, że został pozbawiony złudzeń, zawsze niewygodny i zawsze trudny do pokonania Schwaben. Gra była lepsza, atmosfera w zespole też. Widać było, że coś zaskoczyło, że coś nabiera rozpędu, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Nie dziwiło więc zwycięstwo w finale stanowym z Adrią, z którą w ostatnich latach wiodło się różnie, przeważnie nie najlepiej. Tym razem dogrywka zakończyła się sukcesem, otwierającym drogę do finału strefy Midwest. W ciągu trzech dni, cztery bardzo trudne i wyczerpujące pojedynki, stawką których był awans do finału krajowego. Awans do elity czterech najlepszych amatorskich zespołów Ameryki. Dla jednych jest to obiekt westchnień, dla innych marzeń, dla pozostałych nieosiągalną perspektywą. Eagles sobie poradził. Tak jak w 2005 roku. Tak jak dwa lata później. Tak i teraz. Wszystkie te finały w Houston, Seattle i Orlando miały wspólną cechę. Łatwo wygrane półfinały i zacięte finały, z wyniku których cieszyli się niestety rywale. Ten ostatni, przegrany z Aegean Hawks SC 1 : 2 boli szczególnie i to nie dlatego, że zwycięstwo tak bardzo było potrzebne debiutującym w tym sezonie trenerowi Robertowi Juszczykowi i prezesowi Stanowi Makówce. Potrzebne, bo potwierdzające to, że strategia budowy zespołu w oparciu o wychowanków klubu jest najbardziej rozsądna i perspektywiczna. Porażka boli również dlatego, że zwycięstwo było tak blisko, prawie na wyciągnięcie dłoni. Ale wszystko jakby się sprzysięgło. I niebo, które racząc błyskawicami i ulewą dwukrotnie zmuszało do przerwania meczu. I sędzia, który drugą, jak się okazało zwycięską bramkę dla „Jastrzębi”, uznał po ewidentnym spalonym. I szczęście, które w momentach, kiedy potrzebne było najbardziej, jakoś nie chciało patronować poczynaniom „Orłów”. Ale wiarygodność i sprawiedliwość, ta normalna, nie elementarna, zmusza do napisania tego, że Eagles przegrały, bo trafiły na naprawdę dobrego rywala. Chciałoby się rzec godnego siebie. A z takim przegrać ani żadna ujma, ani żaden wstyd, ani żaden dyskomfort. W finale mógł wygrać tylko jeden. Tym razem były to „Jastrzębie” z Virginii. O nich będzie się teraz mówić i pisać, one też jako zwycięzcy trafią do historii pucharowych rozgrywek. O przegranych tylko wspomina się, są oni uzupełnieniem zwycięzców. Tak już jest i pewnie tak będzie zawsze, co nie znaczy, że dla wielu piłkarzy Eagles, mecz w Orlando był meczem życia i największym sukcesem w ich dotychczasowej karierze. Tak jak dla wypożyczonego z Polonii Mielec Kuby Piotrowskiego, który dzieląc się wrażeniami z finałowej potyczki, wielokrotnie wyrażał wdzięczność działaczom Eagles, za to, że dali mu szansę gry w finale największej amerykańskiej amatorskiej imprezy piłkarskiej. Za to, że mógł przeżyć coś, czego do tej pory przeżyć nie było mu dane.

sobota, 25 lipca 2009

Dokładnie dwadzieścia lat temu Filadelfia miała okazję podziwiać sukces chicagowskich Eagles, które wywalczyły amatorski Puchar Ameryki. Taką samą okazję będzie miało w niedzielę Orlando na Florydzie. Po piątkowej wygranej w półfinale z Rovers SC Denver 3 : 0 (bramki: Michał Kapusta 5’, Sebastian Skital 21’, 24’) Eagles w decydującej rozgrywce spotkają się z Dulles Sportsplex Aegean Hawks (Virginia).

Jak wspomina Józef Zyzda, twórca potęgi Eagles, a obecnie ich honorowy prezes, zespół sprzed 20 laty był zupełnie inny od tego, który w niedzielne gorące i parne południe podejmie kolejną próbę przejścia do historii klubu. Tamten, prowadzony przez Henryka Apostela, opierał się głównie na weteranach polskiej ligi, którzy swoją piłkarską przygodę chcieli zakończyć w Chicago. Największą ich wartością była technika. To ona decydowała o sukcesach. Dzisiejszy Eagles, to głównie jego wychowankowie, w większości urodzeni w USA. Jedni studiują i marzą o tym, że ktoś ich zauważy i czarodziejskim kluczem przekręci zamek w drzwiach otwierających im zawodową karierę. Inni na ten klucz nie mają już szans. Pracują, a soccer jest ich hobby, które daje i satysfakcję i możliwość przeżycia czegoś, czego nie można przeżyć tam, gdzie zarabiają na życie. W odróżnieniu od tamtej drużyny nie błyszczą taką techniką i finezją, za to mają coś, czego tamci nie mieli. Siłę, wytrzymałość, szybkość, entuzjazm i wolę udowodnienia, że stać ich na wiele. Na zdobycie Pucharu Ameryki. A czyż nie jest to najlepsza nobilitacja i potwierdzenie piłkarskiej wartości...

Przeciwnik jest mocy, ale przecież w finale tylko taki może grać. Tworzą go, bądź aktualnie grający w amerykańskich zespołach uniwersyteckich, bądź ich absolwenci, m. in. renomowanych Georgetown, Michigan State, Penn State, Stanford, Duke, Meryland, West Virginia. Żeby dostać stypendium sportowe tych uczelni trzeba nie tylko wiedzieć do czego służą nogi, ale też nie można zapomineć o tym, do czego służy głowa. Wśród nich są też tacy, którzy po ukończeniu studiów mieli przygodę w zawodowej MLS. Ricky Schramm w New York Red Bulls, a Anders Kelto w New England Revolution. Obaj wspólnie z Nate Adamsem tworzą bardzo solidny snajperski tercet, który w dziewięciu meczach tegorocznego sezonu Washington Premier League strzelił 19 bramek. Ale i w drużynie „Orłów” aż roi się od wartości. Bramkarz Marek Łoś, obrońcy Dariusz Szewczyk i Piotr Kolasiński, pomocnicy Adrian i Sebastian Skitalowie, napastnicy Kuba Piotrowski i Dawid Otachel. To tylko przykłady, bo przecież bez pozostałych, wyżej wymienieni pewnie by nie zaistnieli. Czy to wystarczy do zwycięstwa? Ach! Jaka szkoda, że pojedynek nie może odbyć się w powietrzu, wtedy „Orły” nie dałyby większych szans „Jastrzębiom”. Na „ziemi” może być różnie, co nie znaczy, że inaczej niż w przestworzach. GO EAGLES!!!

 

 

środa, 15 lipca 2009

Tomasz Drążek, trener Podlasia Chicago żałował, że w Turnieju Polonijnym rozegranym w miniony weekend w Nowym Jorku, nie mógł wystartować Eagles. Na przeszkodzie „Orłom” stanął jednak finał amatorskiego Pucharu Ameryki, który pod koniec lipca odbędzie się w Orlando. W ciągu kilkunastu dni rozegranie dwóch turniejów jest niemożliwe, nie tylko zresztą z przyczyn sportowych, również, a może przede wszystkim, z powodów finansowych. Drążkowi udało się bowiem skompletować bardzo mocny skład z wypożyczonymi z Polonii Mielec Markiem Łosiem, Kubą Piotrowskim, Januszem Jelonkowskim i Mirosławem Modzelewskim. Umiejętności poparte doświadczeniem, lepszych do wzięcia na chicagowskim piłkarskim rynku polonijnym już nie ma. To rodziło nadzieję na dotarcie do finału, a w nim ewentualne spotkanie z Eagles, stawką którego byłby nie tylko okazały puchar nowojorskiego turnieju, również nieoficjalne polonijne pierwszeństwo w Wietrznem Mieście. Rozegrane w dodatku sporo mil od niego, na neutralnym terenie u podnóża Manhattanu. Marzenia, dobra rzecz, problem w tym, że nie zawsze chcą się spełnić. W tym przypadku wcale nie dlatego, że zabrakło Eagles, ale dlatego, że Podlasia sen o finale, został przerwany w półfinale. Eliminacje były smaczną przystawką. Wprawdzie nazwy zespołów-przystawek mało mówiły, ale zdobycie w trzech meczach 16 bramek i nie stracenie ani jednej, robiły wrażenie. W ćwierćfinale, który był pierwszym daniem, Podlasie bez większego wysiłku połknęło silną Wisłę Garfield 2 : 0. Drugim daniem, tym półfinałowym, był gospodarz, Polonia Nowy Jork, której wprawdzie ściany nie pomagały, bo takich nie było, ale układ gier tak był przez organizatorów skonstruowany, że do stołu zasiadła ona nie tylko bardziej zrelaksowana, również bardziej świeża i wypoczęta. A po drugiej stronie stołu nastroje jakby odmienne. Nie dlatego, że sił brakowało, bo takie były, ale dlatego, że Robertowi Sztejnowi boleśnie dokuczała torebka stawowa, Januszowi Jelonkowskiemu ścięgno achillesa, Kubie Piotrowskiemu tak nabrzmiały palec u nogi, że były problemy z nałożeniem buta, zaś Andrzejowi Kamińskiemu naciągniete wiązadła w kolanie, wykluczające go nie tylko z półfinału, ale też na kilka najbliższych miesięcy. Na domiar złego dały znać o sobie przypadki, a właściwie jeden, którego tak obawiał się Drążek, zwany przypadkową bramką. Taką Polonia zdobyła już w pierwszej połowie i na nic zdały się wysiłki Podlasie w drugiej. Wyrównującego gola, dającego szansę na zwycięskie rozstrzygnięcie w dogrywce lub rzutach karnych, nie było. Smak rzutów karnych Podlasie poznało w meczu o trzecie miejsce ze Stalą Mielec (tą nowojorską). Był to jednak gorzki deser, bo przegrany, co spowodowało, że do Chicago przyleciało czwarte miejsce. Nie tak miało być...Na pocieszenie pozostają wspólne fotografie z Włodzimierzem Lubańskim, Janem Domarskim i Tomaszem Adamkiem. Również do notesu Jacka Chańki, dyrektora sportowego Jagiellonii Białystok, której oldboye wygrali turniej w kategorii over-30, trafiło kilka nazwisk. Czy wśród nich jest Kuba Piotrowski, który w Nowym Jorku powiększył swój rekord o kolejnych sześć bramek. A może Michał Stankiewicz lub Patryk Pliszka. Być może już w niedalekiej przyszłości zapiski Chańki ujrzą światło dzienne.

 

poniedziałek, 06 lipca 2009

Cracovia lubi Chicago. Tak przynajmniej wynika z częstotliwości jej wizyt w Wietrznym Mieście. W ciągu pięciu lat „pasy” zawitały tam trzy razy. Szkoda tylko, że Chicago, a właściwie tamtejsza Polonia, coraz mniej lubi Cracovię. Dwa lata temu sala bankietowa „Janosik” na spotkaniu z piłkarzami wawelskiego grodu pękała w szwach, a na trybunach Toyota Park podopiecznych Stefana Majewskiego w potyczce z chicagowskim Fire dopingowało ponad 16 tys. osób. W ubiegły piątek w Capitol Club z zespołem Artura Płatka chciała się spotkać garstka polonijnych fanów, fakt zaopatrzona w liczne akcesoria w biało-czerwonych barwach, ale  mało ich było. Stanowczo za mało...Widać fajerwerki nad jeziorem z okazji Święta Niepodległości były dla nich większą atrakcją i silniejszym magnesem. Ale jak wytłumaczyć powód znikomego zainteresowania meczem Cracovii z meksykańskim Monterrey, który zgromadził na Toyota Park niespełna 7 tys. widzów, w większości latynowskigo pochodzenia. Grillowaniem, wypadem za miasto, czy po prostu drastycznie spadającym zainteresowaniem futbolem w polonijnym środowisku? A może intuicją, wszak mecz był niestrawny jak flaki z olejem, a Cracovia przegrywając 0 : 2 z zepołem nie będącym bynajmniej siłą napędową meksykańskiej Primera Division, potwierdziła, że nie zasługuje na inne miejsce w polskiej ekstraklasie, jak to zwane ogonem.

Śladową frekwencję na meczach polonijnych lig można obserwować już od dłuższego czasu. Praktycznie ich świadkami są tylko klubowi działacze i rodziny piłkarzy. Kibice, którzy identyfikują się ze swoimi zespołami i przychodzą je dopingować stali się wymarłą klasą. Jeżeli ktoś sądzi, że jest to przesada i szukanie dziury w całym, to mecz Cracovii nie jest jedynym tego przykładem. Innym jest finałowe spotkanie Eagles sprzed tygodnia, którym zapewniły sobie one awans do czwórki najlepszych amatorskich zespołów USA, a które na trybunach zgromadziło niewiele ponad...30 osób.

Kolejnym przykładem znikomego zainteresowania polonijną piłką nożną jest tradycyjny już mecz PółnocPołudnie, czyli reprezentacji Stawski Soccer League i Sobieski Liga Podhalańska. W tym roku jest szansa, by odbył się on 18 lipca na Toyota Park jako przedmecz ligowego spotkania Fire z San Jose Eartquakes. Właściciele Fire postawili wszak jeden warunek. Obydwie ligi muszą rozprowadzić wśród swoich kibiców 600 biletów, czyli po 300 na ligę. Cóż za problem, chciałoby się rzec, biorąc pod uwagę to, że w rozgrywkach obu lig bierze udział 22 zespoły. Daje to prosty rachunek: 27 biletów na team. Widać jest problem, skoro do tej pory sprzedano niewiele ponad 100 biletów i nawet to, że wejściówki są automatycznie przepustką dającą okazję do podziwiania meczu Fire, nie stanowi żadnej zachęty. Jeżeli do środy bilety nie zostaną sprzedane, to niepowtarzalną okazję prezentacji polonijnej piłki nożnej w tak szacownym miejscu, trafi przysłowiowy szlag. Cała nadzieja w tym, że prezesi obydwu lig udowodnią, że potrafią coś więcej, niż tylko wręczać puchary, a sponsorzy od Stawskiego i Sobieskiego, dojdą do wniosku, że wysupłanie kilku tysięcy dolarów, bądź co bądź z wcale nie ubogiej kiesy, to możliwość zaistnienia na Toyota Park, co z biznesowego punktu widzenia powinno im przynieść tylko same korzyści. O prestiżu miejsca nie wspominając...

Czy oni zaistnieją na Toyota Park, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że zaistniał tam szesnastoletni Wojciech Wójcik. Wychowanek Tomasza Drążka wywalczył sobie miejsce w akademii piłkarskiej Fire, które w Central Conference (startują zespoły z Illinois, Colorado, Wisconsin, Missouri) zajęło trzecie miejsce, a Wójcik z dziesięcioma bramkami należał do najskuteczniejszych strzelców zespołu. Przyszły sezon powinien być dla niego jeszcze lepszy, będzie miał bowiem wsparcie w osobie Michała Stankiewicza. Kolejny wychowanek Drążka przeszedł przez skomplikowane sito selekcji i jako drugi Polak znalazł miejsce w akademii „Strażaków”. Obaj, na szczęście nie powielili działań pewnej gwiazdy polonijnego piłkarstwa. Nie jeździli jej wzorem na testy do Aston Villa i Feyenoordu, nie byli też łechtani Polonusem jednego z lokalnych programów radiowych. Obaj wybrali drogę rozwoju swojego talentu i realizowania wizji stania się klasowymi piłkarzami poprzez Akademię Fire, zatrudniającą znakomitych szkoleniowców i menadżerów i dysponującą kasą, wielkość której przyprawia o zawrót głowy. Nadzieja w tym, że nie zakończy się tylko na Wójciku i Stankiewiczu, że oni będą tymi, którzy wydeptają ścieżki innym, równie utalentowanym piłkarzom polskiego pochodzenia, których w Chicago nie brakuje. Oby było ich jak najwięcej, a wtedy pisanie o wymarłej klasie polonijnych futbolowych fanów nie będzie miało najmniejszych nawet podstaw.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Co w nich szczególnego? Minuty, jak każde inne. Pewnie tak, ale nie te z finałowego pojedynku strefy Midwest Eagles Chicago z Carpathią Kickers. One to bowiem zadecydowały, kto pojedzie do Orlando walczyć w gronie czterech najlepszych o amatorski Puchar Ameryki. W czwartej minucie pierwszej połowy rajd prawą stroną jednego z napastników Kickers zakończył się dokładnym dośrodkowaniem i strzałem, po którym Markowi Łosiowi, bramkarzowi Eagles, nie pozostało nic innego, jak tylko wyjąć piłkę z siatki. W czwartej minucie drugiej połowy Adrian Skital, czując wiatr i widząc słońce, które bynajmniej nie były sprzymierzeńcem bramkarza, zdecydował się na strzał z ponad dwudziestu metrów. Wiatr zatrzymał w powietrzu piłkę, słońce oślepiło stojącego między słupkami, konsekwencją czego był kołnierz, czyli bramka wyrównująca stan. W czwartej minucie dogrywki Kuba Piotrowski potwierdził, że życie nadaje sens powiedzeniu „do trzech razy sztuka”. Najpierw w sytuacji sam na sam trafił on w nogi bramkarza, później strzał chcący ściągnąć pajęczynę ze spojenia słupka i poprzeczki też został w sposób wyjątkowo piękny „wyciągnięty”, by w końcu po indywidualnej akcji z kąta, z którego trafiają tylko wyjątkowi snajperzy, trafił. Jak się później okazało, ustalając wynik meczu.

Eagles wejściówki do Orlando zdobyły zasłużenie, chociaż droga na Florydę nie była pozbawiona wybojów. Dwa pierwsze mecze z FC Indiana (6 : 1) i  Croatia Cleveland (4 : 0) uśpiły trochę czujność „Orłów”. Kiedy w trzecim z  Madison 56ers po pierwszej połowie przegrywały one 0 : 3 wydawało się, że nie dla nich Disneyland. Na szczęście Dawid „Junior” Otachel, przypomniał, że kiedyś zainteresowana nim była Cracovia...Kraków. Hat trickiem zmniejszył rozmiary porażki do 3 : 5, co w konsekwencji, dzięki lepszej różnicy bramek, dało przepustkę Eagles do niedzielnego finału i do historii o... czterech minutach.

Tylko inauguracyjne dwadzieścia minut należało do zespołu z Michigan. Mogli oni wtedy zapewnić sobie nawet ostateczne zwycięstwo. O czwartej minucie już było, ale jeszcze dwie akcje powinny zakończyć się zdobyciem bramek. Raz Marek Łoś zachował pewność, za drugim razem wyręczył go Adrian Skital, wybijają piłkę z lini bramkowej. Później rządzili i dzielili już tylko Polacy. Ich ataki były coraz śmielsze i coraz bardziej pachnące bramką, a po wejściu na boisko Kuby Piotrowskiego nie było już wątpliwości, że zapach ten będzie przeradzał się w bramki. I tak też się stało, a to, że zakończyło się tylko na dwóch, to zasługa braku precyzji, koncentracji i odrobiny szczęścia. One to opuszczały Piotrowskiego, Jacka Lechowicza, Dawida Otachela. Ale czy to jest najważniejsze w momencie, kiedy dwa razy nie zawiodły...

Nie zawiodła też współpraca pomiędzy działaczami Eagles i Polonii Mielec. WRESZCIE, chciałoby się powiedzieć. Jest nadzieja, że czasy, kiedy animozje i słowne utarczki, z których jedynie „cieńkie Bolki” nadają się do zacytowania, są już historią. Polonia wyraziła zgodę na wypożyczenie Piotrowskiego i Łosia. Obaj mają znaczący wpływ na sukces, mimo że grali tylko w dwóch meczach. Obaj czuli się w nowym towarzystwie, jakby byli jego cząstką od dawna. Być może dlatego, że w Eagles grają Piotr Kolasiński i bracia Skitalowie, którzy w przeszłości mieli swoje pięć minut w Polonii, a może dlatego, że klimat aktualnie panujący w Eagles i styl gry, jaki wprowadził nowy trener Robert Juszczyk,  pozwalił im na  potwierdzenie tego, że na swoich pozycjach są obecnie absolutnie najlepsi w polonijnym piłkarskim środowisku. Dobrze się stało, że mogli to w niedzielę udowodnić.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Wynik idzie w świat. Chicagowskie Podlasie w finale Pucharu Stawski Soccer League pokonało Stal Mielec 5 : 1. Różnica klasy, chciałoby się rzec. Czyżby... Stal była gorsza, bo grając z Podlasiem w tym sezonie nie można być lepszym, ale czy zasłużyła na porażkę, którą można przyrównać do pogromu lub klęski. Nie! Stal grała dobrze, grała mądrze, grała rozsądnie, grała na miarę swoich możliwości. Dużych możliwości. Nie miała jednak w swoich szeregach Roberta Sztejna, Łukasza Kluski, Piotra Leszczyka, Mariusza Zubka, Andrzeja Kamińskiego... To tylko nazwiska przykłady. Miała ambicję, chęci, determinację. I prowadzenie 1 : 0. Uzyskane już w inauguracyjnej akcji. Wtedy przez chwilkę zapachniało powtórką z historii. Ale tylko zapachniało. Do momentu, kiedy Kluska założył „kołnierz” mieleckiemu bramkarzowi, a Sztejn tak machnął z lewej nogi, że rzeczony już bramkarz tylko błagalnym wzrokiem odprowadzał piłkę zmierzającą do siatki. Ale mimo tych akcji, mogło być jeszcze różnie, gdyby „sprawiedliwy” gwizdnął rękę w polu karnym, którą widzieli prawie wszyscy. Nawet fani Podlasia zamarli w tym momencie. Prawie, gdyż ten, który z gwizdka robi użytek, tym razem tego nie chciał zrobić. Może i dobrze, gdyż Stal nie zasługiwała tego dnia na zwycięstwo. Ale też nie zasługiwała na tak wysoką porażkę. Jednak tak już jest, że przegrywając stara się odrobić straty, ryzykując ich pogłębieniem. Tak też się stało. I żadna to pociecha dla pokonanych, że tracili bramki, które urodą swoją przypominały te oglądane na YouTube. To był dobry finał, godny zakończenia udanego sezonu w Stawski Soccer League. Liga jest coraz lepsza, dzięki takim zespołom jak Podlasie i Stal. O tej ostatniej napisałem w sobotę, że jest niedoszacowana. Swoją postawą w niedzielne parne południe potwierdziła to. A, że nie wygrała. No cóż...Wygrać nie mogła, bo trafiła na Podlasie. A z nim w tym sezonie wygrana była po prostu niepodobna.

sobota, 20 czerwca 2009

Do Chicago przyszło lato, ze wszystkimi jego „dobrodziejstwami”, czytaj: wysoką temperaturą i jeszcze większą wilgotnością. Niestety w takich warunkach przyjdzie polonijnym piłkarzom rozgrywać kolejne mecze ligowe. National Soccer League z Wisłą i Wartą wchodzi w pełnie sezonu, Metropolitan Soccer League z Eagles i Polonią Mielec powoli przygotowuje się do jego zakończenia. Pozostało jeszcze nadrobienie zaleglości. Ostatnim śpiewem w Stawski Soccer League będzie finał Pucharu Ligi, w którym w niedzielne samo południe w Bensenville spotkają się Podlasie i Stal Mielec.

Wisła w ubiegłą niedzielę sprawiła olbrzymią niespodziankę pokonując, niepokonane do tej pory Inferno SC 3 : 2. Pozwoliło to zespołowi świeżo upieczonego prezesa Ryszarda Latawca zmniejszyć w Red Division dystans do lidera do zaledwie dwóch punktów. W poniedziałek wiślaków czeka kolejny trudny pojedynek, tym razem z Adrią. Chorwaci nie są już wprawdzie tym samym zespłem, który w poprzednich sezonach siał popłoch w National i kwalifikował się do finałów Pucharu Ameryki, jednak w dalszym ciągu prezentuje odpowiednie walory. Czy zdoła im się przeciwstawić będąca na wznoszącej się fali Wisła? Ci, którzy dotrą do Hawthorne Park w poniedziałek ogodz. 9. 00 będą pierwsi znali odpowiedź na to pytanie. Warta swój mecz rozegra w niedzielę o 5. 00 w Lovelace Park w Evanston z Jahbat FC. Polacy, a właściwie Latynosi grający w w jej barwach, do tej pory zgromadzili w swoim dorobku zaledwie 3 punkty. Ostatni mecz przegrali z Deportivo Meridienne 0 : 9. Ich przeciwnicy mają na koncie 16 punktów i wspólnie z Deportivo przewodzą w Blue Division. Te suche fakty jednoznacznie wskazują na faworyta, ale czy w ubiegłym tygodniu ktoś stawiał na Wisłę. Tylko, że Wisła w tym sezonie prezentuje zdecydowanie lepszą formę, o czy świadczy chociażby jej bezpośredni mecz z Wartą zakończony pogromem tej ostatniej 1 : 8.

W Metropolitan Soccer League Eagles, opromienieni wygraną w ubiegłą niedzielę z liderem Schwaben, tym razem spotkają się z zespołem z drugiego bieguna tabeli. Green White nie walczy tak jak Schwaben o mistrzostwo. Ich jedynym marzeniem jest zdobywanie punktów, które zapewnią utrzymanie. Z pewnością takich będą szukać w niedzielę o 3. 00 na swoim obiekcie przy HWY I-90 i Elmhurst Rd. Dla Eagles będzie to ostatni sprawdzian przed rozpoczynającym się w piątek finałem strefy Midwest Amatorskiego Pucharu Ameryki oraz kolejna okazja do potwierdzenia tego, że zespół nabrał rozpędu, rytmu i pewności, pozwalających zdobywać nie tylko ligowe punkty, ale też i cele, będące nawiązaniem do będących dumą klubu osiągnięć sprzed lat. Mecz z Green White, wbrew pozorom nie bedzie spacerkiem, inaczej bowiem gra się z przeciwnikiem prowadzącym otwartą grę, a inaczej z drużyną, która będzie się bronić, szukając swojej szansy w kontratakach. To jednak nie kto inny, jak Eagles będą faworytami, tym bardziej, że do zespołu powrócił, po epizodzie (bardziej finansowym, niż sportowym) w Arce, Piotr Kolasiński, stając się od razu ostoją defensywy. Wrócić (też z Arki) pewnie chciałby Bato Radoncic. Problem w tym, że myśli działaczy „Orłów” nie są zbieżne z chęciami Serba, być może dlatego, że pamietają oni numer, jaki im wyciął dwa lata temu przed finałami US Open Cup w Seatlle. Czy zaryzykują raz jeszcze?

Również z kandydatem do spadku zmierzy się Polonia Mielec. Po trzech z rzędu porażkach, będzie okazja do rehabilitacji, a czyż taka nie jest najłatwiejsza w pojedynku z czerwoną latarnią. Problem w tym, że piłkarze Polonii dzień wcześniej będą świętować w Gala Banquet Hall zakończenie sezonu i Bóg jeden raczy wiedzieć, w jakiej będą dyspozycji będą w niedzielne duszne. Jeżeli do 5. 00, bo o tej właśnie godzinie w Round Lake Park rozpoczyna się mecz, drinki z głów zdołają wyparować, być może mielczanie dorzucą do swojego dorobku kolejne punkty. Jeżeli nie, przyjdzie się z nich cieszyć przeciwnikom.

Komu zaś przyjdzie cieszyć się ze zdobycia Pucharu Stawski Socce League? Albo Podlasiu, albo Stali Mielec. Zdecydowanie trudniejszą drogę do finału miał aktualny mistrz SSL. Podlasie w pierwszej rundzie pokonało Capitol Czarni Jasło 4 : 0, w ćwierćfinale Szymańskiego 5 : 1 i w półfinale Jagiellonię 3 : 1. Stal w eliminacjach uporała się ze spadkowiczem Zagłębiem 1 : 0, drugoligowym Lechem 3 : 0 i beniaminkiem Polonezem 3 : 2. Nie ulega wątpliwości, że faworytem będzie Podlasie, tyle że Stal broni Pucharu, który zdobyła rok temu, pokonując w półfinale rzutami karnymi... Podlasie. Jest również zespołem, który jako jedyny w rundzie wiosennej urwał punkty mistrzowi. Jest też w mojej opini, którą zresztą podzielają inni, zespołem niedoszacowanym, posiadającym umiejętności. które bardziej upoważniają go do walki o podium, niż do batalii mającej na celu uchronienie się przed spadkiem. To sprawia, że faworyt wcale nie musi wygrać, co również nie znaczy, że obrońca Pucharu musi pozostać przez kolejny rok jego właścicielem.

A Michigan w dalszym ciągu czeka. Kto jeszcze nie wie o co chodzi, to przypominam, że w pierwszy weekend sierpnia Capitol Czarni Jasło organizuje turniej z udziałem 16 zespołów. Do kompletu brakuje jeszcze kilku wahających się. Panowie nie pękajcie i dzwońcie (773-732-7491, 773-454-2557), ci z Zagłębia i podhalańskiej Orawy również. Czyż może być lepsza okazja w sezonie przygotowawczym do sprawdzenia aktualnej dyspozycji. Czyż kasa, która czeka na zwycięzców, nie zasługuje na to, by ją zgarnąć...

 

piątek, 19 czerwca 2009

Trzy razy zdobyty Puchar Ameryki (dwa razy w kategorii open, raz amatorski), cztery pucharowe finały. Żaden z polonijnych klubów nie ma w swoim dorobku podobnych osiągnięć. Pod tym względem Eagles Chicago nie ma sobie równych. Już za tydzień 26, 27 i 28 czerwca „Orły” staną przed szansą dorzucenia do koszyka laurów kolejnego sukcesu. Na boiskach kompleksu sportowo-rekreacyjnego Gaelic Park przy 6119 W. 147th Street w Oak Forest, 40 drużyn z 14 stanów amerykańskiego Midwestu będzie rywalizować w siedmiu kategoriach o przepustki do Orlando. Tam bowiem w ostatni weekend lipca odbędą się finały, które wyłonią najlepsze amerykańskie zespoły amatorskie. Wszystkie kategorie i te męskie (Open, Amateur, over 30, U23, U20) i te żeńskie (Women’s Cup, U23) mają swoją rangę, prestiż i znaczenie, dla nas jednak najważniejszą będzie ta z udziałem Eagles. Podopieczni Roberta Juszczyka, który zresztą w 2005 roku awansował już do finału, w Grupie „A” trafiają FC Indianę (piątek, godz. 4. 00), Croatię Cleveland (sobota, godz. 10. 00 i Madison 56ers (sobota, godz. 4. 00). Jeżeli zajmą w swojej grupie pierwsze miejsce w finale (niedziela, godz. 1. 00) spotkają się z jedną z czterch drużyn: Carpatia Kickers (Michigan), American Futbol Academy (Missouri), Cincinnati Freedom (Ohio), Croatia Eagles (Wisconsin). Zwycięzca jedzie do krainy Micky Maus, lub jak kto woli, do królestwa Marcina Gortata. Czy ma na to szansę Eagles? Bezwzględnie tak i to nie tylko dlatego, że pełnić będzie rolę gospodarza, a jemu ponoć nawet ściany (trybuny) pomagają, ale dlatego, że ostatnio „Orły” mają w Metropolitan Soccer League znakomitą passę. Nie potrafili z nimi wygrać walczący o mistrzostwo United Serbs i Sockers, przegrało liderujące Schwaben. To nie jest dzieło przypadku, to skutek dobrej gry i przemyślanych decyzji. Tych taktycznych i tych personalnych. Czy Indiana, Croatia i Madison są lepsze od Serbów, Sockers i Schwaben. Na pewno nie, nawet biorąc pod uwagę to, że regulamin tego typu turniejów pozwala wzmacniać się posiłkami z innych drużyn.

FC Indiana i Madison 56ers występują w tej samej National Premier Soccer League. Po czterech kolejkach prowadzi Madison, które gromadząc 9 punktów o trzy wyprzedza Indianę. W bezpośrednim spotkaniu lider nie dał wiceliderowi nawet cienia szansy pokonując go 5 : 1. Oba zespoły swoją siłę opierają na młodzieży występującej na co dzień w amerykańskich uniwersytetach. W Indianie aż sześciu jest z Perdue, ale też i z University of Indianapolis, George Mason, Akron. Również w Madison aż roi się od studentów, nie tylko zresztą amerykańskiego pochodzenia. Grają w nim piłkarze z Norwegii, Zimbabwe, Gambii, Ghany, Rosji i Hiszpanii. Trenerem ich jest Jim Launder, który w swojej szkoleniowej karierze zdobywał z University of Wisconsin mistrzostwo NCAA, ponadto przez trzy sezony był asystentem trenera w Columbus Crew. Kilku z jego wychowanków piłką nożną zarabia na życie grając miedzy innymi w  Kansas City Wizards i San Hose Earthquakes. O sile tego zespołu świadczy również to, że w ubiegłym sezonie rozgromił on Milwaukee Bavarians 7 : 0, tych samych, których Eagles w ćwierćfinale stanowym pokonał 3 : 2. To nie był jedyny korespondencyjny pojedynek „Orłów” z Madison. W roku ubiegłym ci ostatni w półfinale przegrali z Adrią 0 : 2, która dwa tygodnie później pokonała w finale Eagles 6 : 2.

Niewiele wiadomo o zespole chorwackim, poza tym, że  istnieje już 42 lata, ma swoją siedzibę na przedmieściach Cleveland, występuje w Lake Erie Soccer League, zajmując w niej czwarte miejsce (siedem zwycięstw, trzy porażki), a w drodze do finału pokonał Concordię SC i Karadjode Serbs. Teoretycznie powinien to być najłatwiejszy przeciwnik, jednak znając siłę chorwackiego futbolu, lekceważenie go może być bolesnym doznaniem.

 

 

sobota, 13 czerwca 2009

Tak pracowitego lata nie mieli chyba piłkarze Eagles Chicago w całej swojej 69-letniej historii. Nie zakończył się jeszcze sezon w Metropolitan Soccer League, w której „Orły” mają do rozegrania kilka spotkań zaległych (m. in. prestiżowe z Polonią Mielec), a już podopieczni Roberta Juszczyka są myślami przy strefowym finale amatorskiego Pucharu Ameryki, który zostanie rozegrany w dn. 26-28 na obiektach Gaelic Park w Oak Forest. Weźmie w nich udział 40 zespołów męskich i kobiecych z 14 stanów środkowego zachodu. Eagles w swojej grupie trafią na FC Indianę, Croatię Cleveland i Madison 56ers i jeżeli zajmą w niej pierwsze miejsce, wskoczą do elitarnego grona czterech najlepszych amatorskich zespołów USA, które w Stanford na przedmieściach Orlando w dn. 24-26 lipca rozegrają finałowy turniej, stawką którego będzie amatorski Puchar Ameryki.

W drodze do Disneylandu „Orły” zamierzają wpaść do Nowego Jorku, gdzie w dn. 11 i 12 lipca na boiskach Randalls Island rozegrany zostanie Turniej Polonijny. Eagles w ostatnich latach nie brały w nim udziału, jednak w tegorocznym najprawdopodobniej wystartują. Powód jest jeden. Chcąc być gospodarzem turnieju w roku przyszłym, trzeba brać udział w tegorocznym. O organizacji turnieju Eagles marzy z dwóch powodów. W 2010 roku rozegrany zostanie 25 Turniej Polonijny, którego inicjatorem był właśnie klub Józefa Zyzdy. Jest jeszcze jedna rocznica, okrągłe urodziny Eagles. Czyż jubileuszowy Turniej Polonijny nie byłby najlepszym miejscem do zdmuchnięcia siedemdziesięciu świeczek na urodzinowym torcie. Pewnie tak i dlatego chicagowianie nie zważając na koszty i zmęczenie postanowili pojawić się na nowojorskich boiskach.

To nie koniec letnich orlich lotów. Będą oni brać udział w turnieju w Lawrence (Michigan) organizowanym przez Capitol Czarni Jasło, a właściwie przez jego głównych sponsorów Irenę i Mariana Szymańskich. Właściciele Avenue Food Mart budują w Michigan ośrodek piłkarsko-rekreacyjny. Gotowe są już dwa boiska i pole namiotowe. W przyszłości powstaną domki campingowe. Turniej, który odbędzie się w dn. 1-2 sierpnia zgromadzi na starcie 16 zespołów. Wszystko na to wskazuje, że będzie miał on obsadę jeszcze lepszą niż Turniej Polonijny. Również nagrody będą bardziej okazałe. Za pierwsze miejsce 3 tys. dolarów, drugie 2 tys, trzecie tysiąc i czwarte 500 $. W ramach wpisowego, które wynosi 500$ przewidziane są dziennie dwa posiłki dla drużyny oraz napoje i lód w czasie rozgrywania meczów. Udział w turnieju zamierzają wziąć nie tylko Eagles, również m. in. Podlasie, Arka, Wisła, Jagiellonia, Igloopol, Szymański, kilka zespołów z Ligi Podhalańskiej. Jeszcze przez dwa tygodnie można dokonywać zapisów u Tadeusza Ciężkiego (tel. 773-732 7491) i Czesława Koszyka (tel. 773-454 2559). Warto się pośpieszyć, bowiem turniej łączący zmagania na boisku z piknikiem z udziałem rodzin i przyjaciół piłkarzy, może być nie tylko istotnym elementem przygotowań do sezonu, również integracji środowiska polonijnej piłki nożnej.

Warta Chicago w National Soccer League grała już w piątek. I na tym można byłoby skończyć, gdyby nie dziennkarski obowiazek podania wyniku. Przegrała z Deportivo Meridienne 0 : 9. Do przerwy 0 : 5. Koniec. Kropka

O wiele ciekawiej zapowiadają się mecze niedzielnej kolejki National i Metropolitan Soccer League. Wisła spotka się z liderem National Infermo SC, Eagles z prowadzącym w Metropolitan Schwaben. Polonia Mielec ma szansę rehabilitacji za ubiegłotygodniowy pogrom z Niemcami, którym uległa 1 : 7. Startuje również Puchar Stawski Soccer League. W niedzielę rozegrane zostaną eliminację i ćwierćfinały, w samo południe zaś nastąpi uroczyste zakończenia ligi, połączone z wręczeniem pucharów i nagród.

Rzadko się zdarza by polski zespół mógł rozegrać swój mecz na obiektach Chicago Fire. Taka okazja przytrafiła się Wiśle, która w niedzielę o 1. 15 zmiarzy się na Toyota Park w Bridgeview z Infermo FC. W ubiegłym sezonie nikt nie słyszał o takim zespole, bo słyszeć nie mógł. Powstał on bowiem na wiosnę tego roku, pojawił się w National w miejsce wycofanego Hondurasu i od razu stał się najpoważniejszym kandydatem do tytułu mistrzowskiego. W dotychczasowych meczach zdobył komplet 12 punktów ( Wisła ma o pięć mniej), w swoim składzie ma sześciu piłkarzy z Chicago Storm, oprócz nich grają w nim Meksykanin, Peruwiańczyk, Tunezyjczyk, Kolumbijczyk, Serb, Irlandczyk i Marokańczyk. Ten ostatni Ahmed Kazouini jest bez wątpienia największą gwiazdą zespołu. Były wielokrotny reprezentant Maroka, mający również występy w Dynamie Kijów, wprawdzie więcej czasu obecnie poświęca prowadzeniu własnej restauracji, ale też nie zaniedbuje swoich piłkarskich obowiązków o czym świadczą jego tegoroczne statystyki. W czterech meczach zdobył pięć bramek i miał trzy asysty. Czy wiślacka młodzież będzie w stanie go powstrzymać. Jeżeli tak, to faworyt wcale nie musi wygrać, jeżeli nie, o punkty będzie bardzo, bardzo trudno.

Trudno będzie również Eagles w Metropolitan Soccer League w pojedynku ze Schwaben. Faworytem będzie zespół niemiecki, ale przecież „Orły” w meczach z United Serbs i Sockers też skazane były na porażki, a mimo wszystko udało im się remisować. Dlaczego więc i tym razem ma być inaczej. Eagles, które w ubiegłą niedzielę wygrywając z Maroons 2 : 0 zapewniły sobie definitywnie utrzymanie w lidze w niedzielę o 3. 00 wyjdą na boisko na Schwaben Center bez obciążeń psychicznych i bez kompleksów. To Schwaben, by zapewnić sobie mistrzostwo muszą wygrać, a taka świadomość nie zawsze jest atutem. Są jeszcze dwa smaczki tego pojedynku. Pierwszy ten, że trenerem Schwaben jest Tomasz Cholewa. Polskiemu szkoleniowcowi kończy się w tym roku kontrakt i ewentualny tutuł mistrzowski pewnie bardzo by mu pomógł w negocjacjach nowego. Drugim smaczkiem jest Thomas Ganzauge. W przeszłości grał w Hansie Rostock i Arminii Bielefeld, przez ostatnie kilka lat w Eagles. Teraz w Schwaben będzie rywalem swoich, do niedawna jeszcze kolegów.

Takich smaczków pewnie nie będzie w meczu Polonii Mielec z Maroons. Ale i tu można doszukać się pewnych podobieństw. Pierwsze takie, że mecz rozegrany zostanie o godz. 1. 00 na...Schwaben Center. Drugie, że tydzień temu poloniści zostali rozgromieni przez Niemców aż 1 : 7, co jest najdotkliwszą porażką mielczan w ich dotychczasowej historii. Trzecie zaś, że Eagles w ostatnim swoim meczu wygrał właśnie z Maroons. Pora na powtórkę. Tym razem w wykonaniu Polonii, która ewentualnym zwycięstwem, przynajmniej w jakimś tam stopniu, zmyje z siebie brud ubiegłotygodniowego blamażu.

Oatatnim akordem w Stawski Soccer League będzie Puchar Ligi. W tym roku został on rozłożony na raty. W niedzielę odbędą się eliminacje i ćwierćfinały (początek o godz. 10. 00 w Bensenville). We wtorek i środę półfinały. Finał zaś w przyszłą niedzielę. Do Pucharu zgłosiły się wszystkie zespoły pierwszej i drugiej ligi, za wyjątkiem Arki. Jeszcze w trakcie sezonu pożegnali się z zespołem Sławomir Borek, Bogusław Pawlik i Rafał Pazdan. Z różnych powodów trzech kolejnych nie może obecnie grać (m. in. Chris Brzowski wyjechał do Polski), nie wyleczył jeszcze kontuzji Dariusz Niewiarowski. To było powodem prośby o wyrażenie zgody na udział w Pucharze dwóch obcokrajowców. Arka ma ich już w swoim składzie pięciu, tyle, ile dopuszcza regulamin ligi. Na dwóch kolejnych nie wyrażono zgody, co spowodowało, że w tegorocznej edycji zabraknie aktualnego wicemistrza. Największymi pechowcami losowania byli Podlasie i Capitol Czarni Jasło, których los skojarzył już w eliminacjach, największym szczęściarzem zaś Jagiellonia. W pierwszym meczu spotka się ona z Lechią, by w ćwierćfinale pauzować, automatycznie awansując do półfinału.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5